2015.09.17

Wystarczą buty do biegania. Wywiad z Markiem Plawgo

Rozmowa z Markiem Plawgo – polskim lekkoatletą, sprinterem i płotkarzem, rekordzistą Polski na 400 m przez płotki, który już w najbliższą sobotę poprowadzi imprezę PKO Bieg Charytatywny w Lidzbarku Warmińskim.

Marek Plawgo. Źródło: Facebook19 września w 12. miastach Polski odbędzie się bieg sztafetowy PKO Bieg Charytatywny. W jakim charakterze pojawi się Pan w Lidzbarku Warmińskim?

Będę konferansjerem imprezy, ale niewykluczone, że wezmę też udział w samym biegu. Mam nadzieję, że dla uczestników udział w tym wydarzeniu będzie okazją, aby zmierzyć się ze sobą i złapać bakcyla biegania na dłużej.

Od kilku lat coraz śmielej promowana jest w Polsce aktywność ruchowa, a zwłaszcza bieganie. Jest coraz bardziej modne. Podkreśla się też, że to najprostsza forma ruchu. Czy bieganie rzeczywiście jest dla każdego?

To istotnie najprostszy sport, niewymagający specjalnych nakładów finansowych czy przygotowań organizacyjnych. Wystarczą buty do biegania. Oczywiście, jak w przypadku każdej innej dyscypliny, przed rozpoczęciem treningów należy zasięgnąć porady lekarza, aby wykluczyć ewentualne przeciwwskazania zdrowotne, np. chorobę serca. Bieganie zalecane jest w ramach rekonwalescencji po niektórych przebytych chorobach, urazach. Dużą zaletą, oprócz łatwej dostępności, jest też to, że można je uprawiać zarówno samemu, jak i w grupie znajomych, a nawet masowo. Ten ostatni sposób przypadł do gustu wielu Polakom.

Czy prywatnie wciąż Pan biega?

Tak, ale jestem trochę na bakier z regularnością i muszę to zmienić. Przez 21 lat uprawiałem ten sport wyczynowo i miałem wtedy przed sobą jasno postawiony cel. Teraz chciałbym też spróbować innych dyscyplin. Skupiłem się np. na oswajaniu się z wodą. Wcześniej nie miałem tej możliwości, ponieważ mój trening wykluczał pływanie jako aktywność antagonistyczną w stosunku do biegania. Poza tym uwielbiam koszykówkę, na którą nigdy nie miałem czasu. Teraz to nadrabiam.

Jak wyglądały Pana przygotowania do startu w zawodach biegowych?

Było to pewna rutyna. W dzień startu trudno było się skupić na rzeczach prozaicznych, gdyż wszystkie myśli krążyły zawsze wokół tego, żeby pobiec jak najlepiej. By ułatwić sobie funkcjonowanie w tak ważnym dniu, rozpoczynałem przygotowania dzień wcześniej. Wieczorem robiłem listę rzeczy do zrobienia, zapisaną w odwrotnej kolejności. Wpisywałem tam wszystkie kwestie poprzedzające start z godziną ich realizacji. Od punktu kulminacyjnego rozgrzewki, poprzez godzinę wyjazdu na stadion, przedstartowej kąpieli, wyjazdu na stadion, ostatniego posiłku, aż do pobudki. Z tak przygotowaną listą mogłem się skupić tylko na biegu, dając sobie pewność, że wszystko wykonuję zgodnie z planem.

Jest Pan rekordzistą Polski w biegu na 400 m przez płotki. Czy zapowiada się, że w najbliższym czasie ktoś pobija Pana wynik 48,12 sek.?

Prawdopodobnie tak. Pojawił się Patryk Dobek, który aspiruje do pokonania mojego rekordu. Oczywiście idealnie by było, aby dobry wynik został przypieczętowany jakimś medalem. Nie walczymy przecież o rezultaty same w sobie.

Jak były Pana sportowe początki?

Wspominałem wcześniej o koszykówce. To właśnie ją chciałem uprawiać, ale los spłatał mi figla. Okazało się, że szkoła sportowa, do której się dostałem, wycofała tę dyscyplinę, aby skupić się wyłącznie na lekkiej atletyce. Nie miałem więc specjalnie wyjścia. Szybko jednak zostałem wyłuskany przez trenera Jana Widerę, który przygotował dla mnie specjalny program szkoleniowy. I tak się zaczęło. Koszykówka, siłą rzeczy, odeszła do lamusa.

W tej nieco przypadkowo wybranej dyscyplinie osiągnął Pan bardzo wiele. Czy ma Pan jakieś wspomnienie z zawodów, do którego najchętniej Pan wraca?

Oczywiście najpiękniejsze są momenty, kiedy stoi się na podium i słucha "Mazurka Dąbrowskiego". Ale w pamięć wrył mi się również debiutancki występ na Igrzyskach Olimpijskich w Atenach. Sama chwila wejścia na bieżnię była dla mnie niezwykle wzruszająca. Tym bardziej, że zdołałem się w ostatniej chwili zakwalifikować do zawodów, jako 201. polski olimpijczyk. Z uwagi na operację jaką wcześniej przeszedłem, nie wiadomo było do końca, czy wystartuję. Walczyłem jednak o tą możliwość i udało się.

Co uważa Pan z swój największy sukces?

Jeżeli chodzi o wartość sportową, to medale, które zdobyłem na Mistrzostwach Świata w Osace w 2007 r. Ale najtrudniej było zdobyć srebrny medal na Mistrzostwach Europy w 2006 r. Udowodniłem sobie wówczas, że nawet porażkę można przekuć w zwycięstwo. Cenię też dokonania, które ukierunkowały moją karierę. Zdobywając złoto na Mistrzostwach Polski w 2006 r., udowodniłem sobie i rodzicom, którzy nie traktowali jeszcze wtedy poważnie mojego zaangażowania w sport, że mogę coś w nim osiągnąć. Następnie złoty medal Mistrzostw Świata Juniorów, który zdobyłem zaraz po maturze, gdy musiałem podjąć decyzję, co chcę robić w życiu. Zastanawiałem się nad informatyką, ale po tym sukcesie musiałem sobie ją odpuścić na rzecz sportu.

W Pana karierze nie brakowało również trudnych momentów. Który z nich uznałby Pan za najcięższy, a może najbardziej przełomowy?

Po igrzyskach w Atenach miałem operację stawu skokowego i pod koniec 2005 r. usłyszałem diagnozę, że czeka mnie kolejna, bardziej skomplikowana, po której być może nie będę mógł wrócić do biegania. Nie poddałem się jej, lecz zdecydowałem się na innego rodzaju zabieg operacyjny w styczniu 2006 r. Następnie, w krótkim czasie przełamałem się i wiosną tegoż roku zdobyłem srebro na wspomnianych Mistrzostwach Europy. Wydawało się, że nie mam szans, ale moja determinacja i łaskawy los pozwoliły mi złe prognozy zamienić na dobre wyniki. Zresztą, konieczność ciągłej walki z tą kontuzją, której nabawiłem się jeszcze jako junior, kładła się cieniem na całej mojej karierze.

Na czym obecnie jest Pan najbardziej skoncentrowany?

Odpowiadam za działania marketingowe w jednej z łódzkich firm. A doświadczenia, jakie wyniosłem ze sportu, są cenną wskazówką w moim obecnym życiu zawodowym. To sport mnie ukształtował, nauczył mnie konieczności stałego doskonalenia się i wyciągania budujących wniosków z każdej porażki. Często odbywam spotkania z młodzieżą, którą z całego serca zachęcam do regularnych treningów. To naprawdę się opłaca, nawet gdy nie zmierza w kierunku sportu wyczynowego. Ci, którzy sport uprawiają, cieszą się zdrowiem i wspaniałą kondycją. Poza tym przyjaźnie, które zawiera się podczas wspólnego trenowania, są bezcenne.

Przygoda ze sportem została przypieczętowana wieloma medalami. Teraz zarabia Pan na życie w inny sposób. Jaki model zarządzania finansami Pan preferuje?

Przez całą moją karierę miałem bolesne upadki i wielkie wzloty. To miało swoje bezpośrednie przełożenie na finanse. Takie zmiany sprawiały, że długo oszczędzane pieniądze topniały w tych trudnych sportowo okresach. Mój pieniądz był więc w ciągłym ruchu, razem ze mną. Dlatego ważne dla mnie było, i jest do teraz, by mieć dostęp do swoich kont zawsze i wszędzie. Bankowość mobilna wydaje się być stworzona dla ludzi takich, jak ja. Usługa ta jest według mojej oceny krokiem milowym bankowości, na miarę wprowadzenia kart płatniczych.

Rozmawiała Luiza Dziółko
Redakcja CPP

Czytaj także:

Sport jest na pierwszym miejscu. Rozmowa z Arturem Partyką

Mądry trening to podstawa sukcesu. Wywiad z Markiem Kolbowiczem

Wyzwania mnie lubią. Wywiad z Dorotą Gardias