2013.12.10

Najlepszy zawód

Jeden z najwybitniejszych twórców światowego kina, wyróżniany na prestiżowych festiwalach. W 2000 roku otrzymał Oscara za całokształt twórczości. Niedawno pokazał swój najnowszy obraz "Wałęsa. Człowiek z nadziei". Przed państwem mistrz kina - Andrzej Wajda.

Który ze zrealizowanych przez Pana filmów był największym wyzwaniem?

Mój najnowszy obraz - "Wałęsa. Człowiek z nadziei". Nie był jednak najtrudniejszy dlatego, że bohater żyje czy z powodu różnych opinii na jego temat. Pokazałem ten okres życia, w którym Lech tworzył nową rzeczywistość, stanął na czele "Solidarności". I dzięki swojemu instynktowi i pojmowaniu świata doprowadził do czegoś, co jest ewenementem w historii Polski: wywalczyliśmy wolność i polityczną niezależność bez rozlewu krwi.

Jesteśmy tuż po premierze filmu o Lechu Wałęsie, a już pracuje Pan nad kolejnym obrazem. Co mobilizuje Pana do działania?

Przede wszystkim widownia, bo to dla niej tworzę. Za cel stawiam sobie opowiadanie o naszym kraju, pokazywanie historii i teraźniejszości. Chcę, aby Polska była rozumiana na całym świecie. Oczywiście, w pierwszej kolejności kieruję swoje filmy do rodzimego widza. Dopiero później obejrzy go zagraniczny kinoman, jeśli mój obraz znajdzie dystrybutora.

O czym będzie mówić następny film?

Marek Edelman krótko przed śmiercią opowiedział przed kamerą historię "I była miłość w getcie". Odchodząc od nas, wydał następujące polecenie: film zrealizuje i sfotografuje Jolanta Dylewska, opowiedziane przez niego sceny miłosne napisze Agnieszka Holland, a ja mam je wyreżyserować. A ponieważ dla nas słowa Marka są świętością, to zabraliśmy się do pracy.

W historii światowego kina jest wiele znakomitych dzieł. Które z nich wywarło na Panu największe wrażenie?

Gdy byłem studentem Akademii Sztuk Pięknych w 1946 roku, w Polsce grano "Obywatela Kane" Orsona Wellesa. Zobaczyłem ten film i mogę powiedzieć, że to było, jest i będzie dla mnie kino niedoścignione. Jeżeli coś mnie wyrwało z ASP i przeniosło do szkoły filmowej, to właśnie ten niezapomniany obraz.

Od kilku lat, przy wsparciu PKO Banku Polskiego, realizowany jest projekt cyfrowej rekonstrukcji klasyki polskiego kina. Jakie znaczenie dla polskiej kultury ma proces digitalizacji?

Gdy zaczynaliśmy robić pierwsze filmy, był to produkt biologiczny i umierał śmiercią naturalną. Taśma filmowa stawała się coraz bardziej niewydolna, negatyw znikał i trudniej było robić kolejne kopie. Mówiliśmy wtedy, że życie filmu jest jak życie motyla - po premierze wylatuje, macha skrzydłami, żeby zwrócić na siebie uwagę, ale żyje krótko, bo już następne motylki czekają w kolejce do prezentacji. Później taki obraz lądował zasuszony na półkach Filmoteki Narodowej i niewiele osób po niego sięgało. Udział PKO Banku Polskiego jest o tyle istotny, że proces digitalizacji, czyli przywracanie świetności polskim filmom, jest nie tylko żmudny i trudny, ale też kosztowny. Dzięki rekonstrukcji produkcja przetrwa w niezmienionej formie, jak egipskie piramidy.

  • NA DŁUGIE ZIMOWE WIECZORY

    Od kilku lat PKO Bank Polski we współpracy z KinoRP finansuje projekt digitalizacji klasyki polskiego kina. Kultowe polskie produkcje zyskały nowe, cyfrowe oblicze dzięki rekonstrukcji - można je obecnie oglądać w doskonałej jakości dźwięku i obrazu.

    Wśród nich są: "Nie ma róży bez ognia", "Poszukiwany, poszukiwana", "Co mi zrobisz, jak mnie złapiesz", "Brunet wieczorową porą", "Miś" Stanisława Barei, "Rejs" Marka Piwowskiego, "Człowiek z marmuru" i "Człowiek z żelaza" Andrzeja Wajdy oraz "Szatan z VII klasy" Marii Kaniewskiej.

    W 2013 roku lista filmów rozszerzyła się o nowe tytuły Andrzeja Wajdy: "Kanał", "Panny z Wilka", "Ziemia obiecana", "Polowanie na muchy", Kraj - obraz po bitwie".

Cyfryzacją objęte zostały takie Pana filmy, jak: "Panny z Wilka", "Człowiek z żelaza" i "Człowiek z marmuru".

Cieszę się, że pytają panie akurat o te trzy obrazy, ponieważ pokazują rozpiętość moich możliwości jako reżysera. "Panny z Wilka" to obraz liryczny. Miałem moment niepewności, gdy widziałem, jak ten film rozgrywa się powoli, zupełnie inaczej niż moje poprzednie produkcje. Dopiero moja żona Krystyna powiedziała: "Andrzej, ale nie da się konfitur robić prędko". Zmieniłem wówczas zdanie i… wciągnąłem się w tę powolną, liryczną fabułę.

Jestem szczęśliwy, że przywołały też panie "Człowieka z żelaza", bo dyskusja wokół "Solidarności" i Wałęsy będzie do nas powracać, czy tego chcemy, czy nie. Obraz powstał na zamówienie jednego człowieka. To było w 1980 roku, po "Człowieku z marmuru", kiedy zjawiłem się w stoczni, w której rozpoczął się już strajk. Na salę obrad komitetu strajkowego prowadził mnie jeden ze stoczniowców i powiedział: "Panie Andrzeju, niech pan zrobi film o nas". Zapytałem: "Ale jaki film o was?". I padła odpowiedź: "No, człowiek z żelaza!".

To mi się tak spodobało, że na zamówienie jednego stoczniowca zrobiłem film. Nigdy w moim długim życiu taka sytuacja się nie powtórzyła

A jak wygląda ekonomiczna strona Pana życia? Interesuje się Pan bankowością, inwestowaniem?

W ogóle się na tym nie znam. Moja żona zajmuje się naszymi domowymi finansami. Jedyne duże pieniądze, jakie zarobiłem w gotówce - prawie pół miliona dolarów (były nagrodą zdobytą w Japonii), szczęśliwym trafem zostawiłem w tokijskim banku. Po paru latach ogłosiłem, że przeznaczam je na budowę Muzeum Sztuki Japońskiej w Krakowie, które pomieściłoby wielkie zbiory sztuki dawnej Japonii Feliksa Jasieńskiego.

W czasach PRL-u nie było możliwości, żeby za prywatne pieniądze wybudować muzeum, więc musiałem trochę poczekać. Jak już doczekaliśmy wolności, to się okazało, że 450 tys. dolarów zamieniło się w 500 tys. i te pieniądze stały się zalążkiem Fundacji Kyoto - Kraków i otworzyły szansę rozpoczęcia budowy Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej "Manggha". Inwestycja kosztowała 5,5 mln dolarów. Kwotę udało się zebrać, kiedy japoński rząd wsparł projekt. Niemały udział miały też pieniądze pozyskane ze zbiórek publicznych, w których uczestniczyliśmy razem z Krystyną, moją żoną, gdyż była to nasza wspólna Fundacja. Wielką rolę odegrał również fakt, że Arata Isozaki, jeden z największych światowych architektów, podarował nam swój projekt muzeum. I to jest jedyny dobry, duży interes, jaki zrobiłem w życiu, korzystając z usług bankowych.

A jaki jest obecnie, Pana zdaniem, stan polskiej kinematografii? Czy istotnie głównym problemem są pieniądze?

Myślę, że teraz, kiedy telewizja wspiera kinematografię, pieniądze przestały być aż tak znaczące. Nasz problem nie leży też w zbyt skromnej liczbie produkcji. Duża zmiana musiałaby nastąpić w dystrybucji. Kina nie należą do nas, o repertuarze decydują ich właściciele, często duże sieci, które emitują własne produkcje. Nie udało nam się, niestety, zaraz po nastaniu wolności uratować małych kin, które stanowiłyby teraz sieć sal artystycznych i do których polski film wchodziłby obowiązkowo. Takie małe kina, podobnie jak we Francji, dawałyby szansę polskim obrazom, również tym niszowym. Gromadziłyby też elitę kinomanów na prowincji wspierającą polskie kino.

Kim chciałby Pan być, gdyby nie został reżyserem?

Jeżeli znalazłbym się jeszcze raz w czasach, w jakich żyłem, czyli w PRL-u, to muszę powiedzieć, że wybrałem najlepszy zawód. Niczego nie żałuję w moim długim życiu. No, chyba że zostałbym jakimś cudem szefem PKO Banku Polskiego.

Rozmawiały: Agnieszka Kielichowska i Iwona Wardzyńska-Kaźmierczak,

Departament Komunikacji Korporacyjnej

BIOGRAFIA ANDRZEJA WAJDY

Pierwsze lata życia spędził w Suwałkach. W jego pierwszym, pełnometrażowym filmie "Pokolenie" z 1954 roku zagrali m.in. Roman Polański i Zbigniew Cybulski. Za przyznaniem mu w 2000 roku Oscara za całokształt twórczości postulował Steven Spielberg, twierdząc, że: "Wajda przynależy do Polski, lecz jego filmy stanowią część kulturalnego dziedzictwa ludzkości".

Młodość w czasach wojny

Ojciec Andrzeja Wajdy był wojskowym, a matka nauczycielką. Miał brata Leszka, który po wojnie rozpoczął studia na krakowskiej ASP, a później objął tam stanowisko dziekana Architektury Wnętrz. Cała rodzina przeprowadziła się do Radomia w 1934 roku, gdy ojciec otrzymał nominację na stopień kapitana. W 1939 roku jego ojciec został wezwany na front, z którego nigdy nie wrócił. Dopiero po latach okazało się, że zginął w Katyniu. Młody Andrzej Wajda w czasie wojny pracował fizycznie, ale służył również w Armii Krajowej jako łącznik. Później musiał uciekać i ukrywać się u rodziny w Krakowie. W tym czasie ciężko pracował w warsztacie ślusarskim stryja, a w wolnych chwilach brał ołówek i szkicował. Zawsze przejawiał zdolności artystyczne, więc studia na ASP w Krakowie wydawały się oczywistym wyborem. Do dziś uwielbia zapach pracowni malarskich. Jednak gdy na trzecim roku studiów, w 1949 roku, przeczytał ogłoszenie w gazecie, że uczelnia filmowa poszukuje studentów - szybko podjął decyzję o przeprowadzce do Łodzi.

Ważny twórca

Andrzej Wajda w marcu 2014 roku będzie obchodził 88. urodziny. Od początku swojej twórczości reżyserował filmy ważne, zmuszające widza do myślenia. Pierwszy międzynarodowy sukces odniósł w swoim drugim w karierze filmie - "Kanał" (1956 r.), za który odebrał Srebrną Palmę w Cannes. Drugim sukcesem był "Popiół i diament" (1958 r.) z niezapomnianą kreacją Zbigniewa Cybulskiego. Obraz wyróżniono na Festiwalu w Wenecji nagrodą Fipresci. Niedługo później zekranizował "Wesele" Wyspiańskiego, a następnie "Ziemię obiecaną" Reymonta (1975 r.). Wówczas po raz pierwszy otrzymał nominację do Oscara. Później zdarzyło mu się to jeszcze czterokrotnie - nominowano również "Panny z Wilka" (1979 r.), "Człowieka z żelaza" (1981 r.), "Katyń" (2007 r.) oraz ostatni jego film "Wałęsa. Człowiek z nadziei". Mistrz słynie z umiłowania pracy i poczucia humoru: "Ja nie wstaję z łóżka, gdy wiem, że nie czeka na mnie ekipa filmowa i 1500 statystów" - zwykł mawiać z uśmiechem. Wspominając kręcenie filmu "Człowiek z żelaza", mówił, że zdjęcia do filmu odbywały się jesienią, a akcja w zamiarze miała toczyć się latem. Trudność zdjęć polegała na tym, że podczas dialogów z ust aktorów buchała para. "W związku z tym daliśmy wszystkim po paczce papierosów i dialogi odbywały się w czasie palenia..." - tym sprytnym trikiem reżyser oszukał porę roku.

Kobiety w życiu Mistrza

Andrzej Wajda swoją pierwszą żonę, artystę plastyka i śpiewaczkę, Gabrielę Obrembę, poznał na studiach w krakowskiej ASP. Małżeństwo trwało 12 lat, a on sam wspomina, że okazała się być "(...) fantastyczną malarką". W 1959 roku poślubił Zofię Żuchowską, również malarkę. Trzy lata później poznał aktorkę Beatę Tyszkiewicz. Ich kilkuletni związek zaowocował narodzinami jedynej córki reżysera - Karoliny Wajdy (ur. w 1967 r.). Od 1974 roku jego żoną jest Krystyna Zachwatowicz, aktorka, scenograf teatralny i filmowy. Oprócz życia prywatnego Wajda i Zachwatowicz doskonale uzupełniali się w karierze zawodowej.