2015.04.15

Rafał Sonik: "ciągle ścigam się ze sobą"

Nie zależy mu na półce pełnej pucharów i trofeów. Chce czuć się zwycięzcą, nie tylko nim być. Rafał Sonik, zdobywca pierwszego miejsca na podium tegorocznego Rajdu Dakar w najtrudniejszej kategorii - quady, spełnia się w wielu dziedzinach: sporcie, biznesie, filantropii… I wciąż szuka nowych wyzwań.

Rafał Sonik

Gratulujemy! Jako pierwszy Polak wygrał Pan Dakar w kategorii quady. Czym dla Pana jest to zwycięstwo?

Jest wyjątkowe, ale to nie jedyna moja wygrana. Wcześniej m.in. trzykrotnie zdobyłem Puchar Świata FIM w cross-country, przynajmniej raz wygrałem każdy rajd cyklu oraz drugi najdłuższy rajd świata - Dos Sertoes w Brazylii - i jako pierwszy Polak, ale także jedyny przedstawiciel krajów spoza kultury arabskiej, zwyciężałem w rajdach na Półwyspie Arabskim. Wspominam o tym dlatego, że dopiero zwycięstwo w Dakarze zaczęto powszechnie świętować. Zupełnie jakby nasz patriotyczny duch sportowy budził się dopiero wtedy, gdy sukces zostaje dostrzeżony przez media.

Czym jest dla mnie Dakar? Nie tylko rywalizacją z innymi zawodnikami czy pokonaniem długiej i morderczej trasy. To przede wszystkim walka z własnymi słabościami i ograniczeniami. To wyzwanie pod każdym względem - sportowym, organizacyjnym i intelektualnym, których wspólnym mianownikiem jest samodoskonalenie.

Powiedział Pan, że Dakaru nie wygrywa się szybkością. Co sprawiło, że w tym roku pokonał Pan wszystkich i stanął na najwyższym podium?

Nie muszę już skupiać się na szybkości. Od roku albo dwóch jestem najszybszy, a na pewno nie wolniejszy od moich konkurentów. Mimo to trzy lata temu od zwycięstwa dzieliło mnie pięć godzin, dwa lata temu - trzy godziny, a w poprzednim rajdzie - półtorej. Dlaczego? Dokładnie przeanalizowałem ubiegłoroczny Dakar i okazało się, że suma moich błędów wyniosła trzy godziny na 60 godzin spędzonych na odcinkach specjalnych. Jedyną więc drogą do zwycięstwa było ich wyeliminowanie.

Decydującą sprawą jest czas potrzebny na regenerację sił między kolejnymi etapami. Musiałem więc zrobić wszystko, żeby go zmaksymalizować. Na tym się skoncentrowałem, przygotowując się do tegorocznego rajdu i… wygrałem. Nie z przeciwnikami musiałem się zmierzyć, ale z samym sobą.

Na mecie obok transparentu Siemachy rozwiesił Pan baner naszego Banku.

W ten sposób chciałem okazać uznanie dla Banku i naszej współpracy z Siemachą. Ale ta historia ma kilka wątków. W 2012 roku czterech naszych quadowców nie dopuszczono do oficjalnej klasyfikacji. Dużo się o tym mówiło. W tym czasie podczas jednego z koncertów spotkałem Zbigniewa Jagiełłę, prezesa PKO Banku Polskiego. Rozmawialiśmy o tym, co się stało. Na koniec powiedział, że nie pozostało mi nic innego, jak zacisnąć pięści i wygrać Dakar. Miał rację. Ale chodziło też o przyjacielski "zakład" zawarty rok później.

Pamiętam rozmowę z Jakubem Papierskim, wiceprezesem PKO Banku Polskiego (duża sala, pełna gości i my na odległych jej krańcach), który spytał mnie, czy zamierzam wystartować w najbliższym rajdzie. Odpowiedziałem, że oczywiście. "I pewnie zamierzasz wygrać?" - zapytał. "Jasne!" - odpowiedziałem. "To może jeszcze na podium baner Banku zawiesisz?". "Jeśli dasz, to zawieszę" - odparłem. I choć całą rozmowę przerywały salwy śmiechu, jakiś czas później dostałem baner. Kiedy w 2013 roku ukończyłem rajd jako trzeci, było dla mnie jasne, że na mecie musi się on pojawić. Tak samo w 2014 i teraz. Gdy prezentowałem banery Siemachy oraz PKO Banku Polskiego na rampie w Buenos Aires, zwycięstwo stało się naszym wspólnym udziałem i spełnieniem konkluzji prezesa Zbigniewa Jagiełły z 2012 roku.

Wielkie zwycięstwo i co dalej?

Trzeba się doskonalić. Nie zależy mi na półce pełnej pucharów i trofeów. Najważniejsze dla mnie to poczuć się zwycięzcą własnych słabości, a nie tylko zwycięzcą rajdu. Nawet najtrudniejszego. Dojść do takiego punktu, kiedy poczuję się spełniony jako człowiek, który doszedł do granic swoich możliwości. A to oznacza bezkompromisową walkę z własnymi słabościami. Nie zrezygnuję z niej!

Czy po zwycięstwie na quadzie przesiądzie się Pan np. do samochodu?

Jeśli podejmuję w życiu wyzwania, to staram się, żeby były najambitniejsze. Ścigam się po pustyni quadem dlatego, że jest to najtrudniejszy do tego typu rajdów pojazd. Dlaczego? Trasy na Dakarze są rozdzielane między samochody i ciężarówki, które nie są w stanie przejechać ścieżkami z trawersami na dużych wysokościach, oraz motocykle i quady. Są one sprawdzane przez organizatorów samochodami i motocyklami, ale żaden z nich nie przejeżdża trasy quadem. To oznacza, że my - quadowcy - podczas rajdu je testujemy.

To nie jest jedyny sport, który Pan uprawiał. Wcześniej były narciarstwo, tenis, windsurfing, snowboard. Skąd wzięło się zamiłowanie do quadów?

Nie porzuciłem narciarstwa czy windsurfingu, ale rzeczywiście quad zdominował moje sportowe życie. A sprawił to przypadek. Byłem ze znajomym na południu Francji popływać na desce. Trafiła nam się flauta, więc zamiast siedzieć i czekać na wiatr, postanowiłem spróbować i przetestować czterokołowy pojazd terenowy. To było wyjątkowe przeżycie. Według mnie quad to współczesny koń, który kiedyś nie tylko służył człowiekowi, ale także dawał mu pewien rodzaj wolności. Jestem wdzięczny losowi za to, że ujawnił się we mnie ten, hm… atawizm. Proszę też zwrócić uwagę, jak wielu przedsiębiorców uprawia sporty motorowe. W biznesie efekty podejmowanych decyzji często przychodzą z czasem, po wielu miesiącach lub latach, i to czekanie na skutki jest stresujące. Motosport to sposób na odreagowanie. Skutki decyzji są w nim natychmiastowe. Motosport pozwala wrócić do pracy zrelaksowanym psychicznie, w pełnej koncentracji, z wyostrzonym obrazem tego, co przed nami.

Jest Pan sportowcem, ale przede wszystkim biznesmenem, a także filantropem. W której z tych ról czuje się Pan najlepiej?

Te trzy obszary w moim życiu łączą się ze sobą i przenikają. Gdybym nie był przedsiębiorcą, nie byłbym sportowcem ani filantropem. Dosyć wcześnie zacząłem działalność biznesową, dlatego mogłem pozwolić sobie na pewien luksus, czyli realizować się w sporcie. Udało mi się, ale wiem, że dziś jest trudniej zaczynać i przebijać się zarówno w biznesie, jak i wielu innych dziedzinach. Dlatego uważam, że jeśli można, to należy pomagać tym, którzy mieli mniej szczęścia. Gdyby zapytała mnie pani, co sprawia mi największą przyjemność w życiu, to bez wahania odpowiedziałbym: pomaganie innym!

To dlatego od ponad 20 lat wspiera Pan Siemachę, która pomaga młodzieży?

Uważam, że należy dać szansę tym, którzy jej od życia nie otrzymali. W ten sposób buduje się jakość społeczeństwa i jego konkurencyjność. Albo zainwestujemy w przyszłych liderów, albo będziemy mieć społeczeństwo maruderów. Dzieci rozwijają się w placówkach Siemachy, czują się w nich dobrze i są zmobilizowane do działania, walki o siebie i swoją przyszłość. Nic tak nie cieszy jak to, kiedy z często przestraszonego, trafiającego do Siemachy dzieciaka wyrasta ambitny młody człowiek, który kończy szkołę, ale też studia z wyróżnieniem i jest gotowy do odpowiedzialnej pracy. "Piękne Anioły" również uważam za genialny projekt. Dziecko, które ma dobre warunki w szkole, ale musi wracać do zaniedbanego, nieprzyjaznego domu, jest bardzo zdemotywowane. A wystarczy zrobić niewielki ruch, żeby odmienić ten stan. Zobaczyć rodzinę, która z naszą pomocą wybudziła się z marazmu.

Jako przedsiębiorca zaczął Pan działać w latach 80. Był to czas, gdy praktycznie każdy biznes miał szansę powodzenia.

Zawsze chciałem mieć swoje pieniądze. Jeszcze w liceum - w wieku 16 lat - zacząłem handlować sprzętem sportowym. Potrzebowałem pieniędzy na realizację pasji, jaką było narciarstwo. W latach 80. w Polsce rozpoczęła się największa rewolucja współczesnego świata, szczególnie w sferze wolności gospodarczej, i tylko od nas zależało, w jakim stopniu z niej skorzystamy. Uważam się za beneficjenta tej sytuacji. Na drugim roku studiów handlu zagranicznego - w ramach praktyk - zacząłem sprowadzać do Polski sprzęt sportowy z Austrii i Włoch. To był nieomalże biznesowy samograj.

Otacza się Pan kobietami. Wygląda na to, że również prowadzenie biznesu ma kobiece oblicze.

Rzeczywiście w moich firmach pracuje wiele kobiet. Cenię sobie szczególnie dwie ich cechy: odpowiedzialność i konkurencyjność. Kobiety mają poczucie odpowiedzialności za dzieci i tę cechę przenoszą również do życia zawodowego. Jednocześnie wiele z nich żyje w przekonaniu, że na ścieżce zawodowej muszą pokonać większe bariery i wciąż udowadniać swoje wysokie kwalifikacje i swoją wartość. Podobnie my, kiedy startujemy na drugim końcu świata, w obcym kraju i środowisku, również mamy wyżej zawieszoną poprzeczkę. Im bardziej jest pod górkę, tym bardziej nam zależy i jesteśmy ambitniejsi.

Jaką wartość mają dla Pana pieniądze?

Są środkiem do nieustannego rozwoju. Mówię to zarówno jako przedsiębiorca, społecznik, jak i pasjonat sportu. Uważam, że powinno się je inwestować w innowacyjne rozwiązania, badania, dzięki którym można rozwijać biznes, swoje pasje i społeczeństwo.

Realizuje się Pan w wielu obszarach, w każdym odnosi sukcesy. Czy Rafał Sonik ma jakieś marzenia?

Oczywiście, że tak! Kiedy przestajemy marzyć, kończy się prawdziwe życie.

Rozmawiały: Magdalena Kopcińska i Urszula Karkowska

Czytaj także:

Zdemaskować chochoła

„Życie jest piosenką”. Cygan w Polskim sponsorowanym przez PKO Bank Polski

Pliki do pobrania