2015.01.09

„Życie jest piosenką”. Cygan w Polskim sponsorowanym przez PKO Bank Polski

Kiedy pisze teksty piosenek, skromnie twierdzi, że jest jak rzemieślnik, który musi na czas wykonać zamówienie. Jacek Cygan - autor tekstów do ponad tysiąca piosenek, w tym wielu przebojów, oraz książki "Życie jest piosenką" - teraz, jako scenarzysta i reżyser, oddaje się działalności scenicznej.

Jacek Cygan

"Cygan w Polskim. Życie jest piosenką" - tak brzmi tytuł spektaklu wystawianego na deskach warszawskiego Teatru Polskiego. Jest Pan jego reżyserem, scenarzystą i wykonawcą. Jak do tego doszło?

Wszystko zaczęło się od zaproszenia, jakie otrzymałem od dyrektora teatru, Andrzeja Seweryna. I w zasadzie nie mogłem odmówić - takim ludziom się nie odmawia, to był dla mnie zaszczyt. Zwłaszcza że już podczas pierwszej rozmowy ustaliliśmy dwie zasadnicze kwestie, a mianowicie: w spektaklu znajdą się moje teksty lub moje tłumaczenia oraz że sam wybiorę aktorów spośród zespołu Teatru Polskiego. Zacząłem od zaproszenia dla Andrzeja Seweryna.

I zgodził się…

Najpierw stwierdził, że nie umie śpiewać. Odpowiedziałem, że w takim razie będziemy uczyć się razem, bo ja też nie umiem. Szybko się okazało, że okres prób i pracy nad spektaklem był fantastyczną przygodą. Uważnie obserwowaliśmy aktorów, ich sposób mówienia, śpiewania i specjalnie dla nich tworzyliśmy aranżacje. Jestem zdania, że każdy wykonawca nadaje utworowi nową twarz, ale spektakl powstał przede wszystkim z myślą o publiczności. Chciałem, aby z bliska mogła podejrzeć, jak odbywa się łączenie słowa z muzyką, by była w środku procesu powstawania nowych wersji piosenek. Zaproponowałem, żeby zamiast jednego pianisty grał pięcioosobowy zespół muzyczny Kameleon Quintet pod dyrekcją Radka Labakhuy. Zależało mi, żeby widzowie zobaczyli w pigułce, jak na ich oczach rodzi się piosenka.

Czy stworzenie takiego spektaklu jest czasochłonne?

Trwało kilka tygodni, ale opłaciło się. Niektóre wykonania są dla widzów tak dużą niespodzianką, że brawom nie ma końca. Czasem widać zaciekawienie, czasem wzruszenie, ale przede wszystkim rozśpiewaną i radosną publiczność. Są osoby śpiewające nie tylko refreny, lecz także całe piosenki wraz z wykonawcami. To wszystko tworzy wieczór, który - jak widać po oklaskach - bardzo się podoba.

Realizując takie przedsięwzięcia, trzeba podejmować mnóstwo decyzji. Wielokrotnie wspomniał Pan, że decyzyjność nie jest Pana mocną stroną.

Mam kłopot z podejmowaniem decyzji w prozaicznych życiowych sprawach - jestem zodiakalnym Rakiem i moim naturalnym odruchem jest chęć wycofania się. Zupełnie inaczej jest jednak w sprawach artystycznych! Kiedy mam wybrać z dwóch czy trzech linijek tę jedną i zdecydować, jaki będzie kształt piosenki, widowiska albo scenariusza, to nie mam żadnego problemu. A to ważne. Bo piosenka jest jak saper, ma tylko jedną szansę. Jeśli po pierwszym wysłuchaniu się nie przyjmie, to nie przyjmie się już nigdy.

Teraz realizuje Pan przedstawienie. Wcześniej organizował Pan różne festiwale. Jak się zarządza tak dużym przedsięwzięciem?

Chyba nie mam talentu organizacyjnego, ale wydaje mi się, że zarządzanie większymi projektami to taki sam proces jak pisanie piosenek. Musi być ciekawie i emocjonująco. Przez lata pisania tekstów dla różnych artystów stałem się trochę takim psychologiem, który umie czytać, zarówno z oczu artystów, jak i widowni. I, co najważniejsze, robię to przez pryzmat samego siebie. Mam może nazbyt egoistyczne wyobrażenie, że jak mi się podoba, to będzie się też podobało publiczności.

Czy rzeczywiście "życie jest piosenką"?

Dla mnie tak. Pokazuję to w mojej książce, gdzie każdy tekst ma swoją historię. W wielu przypadkach jest ona naprawdę niezwykła. Choć przyznam - nie spodziewałem się, że piosenka aż tak wypełni moje życie, dostarczy tylu przeżyć, możliwości poznawania nowych ludzi, zawierania przyjaźni, radości, ale także stresu. Opisane w książce historie są wyjęte z życia mojego i znajomych artystów. Każdą z nich starałem się napisać inaczej. Czasem jest to rodzaj eseju, czasem wspomnień osobistych czy treatment scenariusza filmowego, jak w przypadku "Dumki na dwa serca". Do niektórych utworów są pierwsze teksty. Nie miały szczęścia i zostały odrzucone, jak w przypadku piosenki "Dotyk", który stał się tytułowym utworem legendarnej płyty Edyty Górniak. To wszystko jest w tej książce.

Mogłoby się wydawać, że pisanie piosenek to spokojne zajęcie, a jednak zdarza się, że jest to praca pod presją czasu.

Jak mówi Wojtek Młynarski: "Tekściarz jest jak szewc, który musi zrobić buty na termin". Nie mogę więc w nieskończoność czekać na wenę. Muszę wykonać pracę, na którą czekają artyści, kompozytor, studio nagraniowe, bo wkrótce utwór ma się ukazać na płycie. Słucham więc muzyki i wiem, że muszę zrobić swoje. Sztandarowym przykładem piosenki "na wczoraj" jest tekst dla Maryli Rodowicz, która pewnego razu przyjechała do mnie i powiedziała: "Jacku, musimy coś napisać w hołdzie dla Agnieszki Osieckiej. Problem jest taki, że jutro rano muszę to nagrać, bo moja płyta właśnie idzie do produkcji". Zacząłem myśleć nad tekstem. W nocy nie miałem nic, dopiero około czwartej nad ranem przyszła mi do głowy fraza: "A my tak łatwopalni biegniemy w ogień, by mocniej żyć…".

Ponad 90 proc. Pana tekstów powstaje do muzyki, choć naturalna wydaje się odwrotna kolejność.

Rzeczywiście, większość tekstów napisałem do muzyki. Historycznie piosenka jest utworem literackim i nawet francuska encyklopedia jako pierwszą definicję podaje: "Utwór literacki wykonywany czasem z towarzyszącym mu akompaniamentem liry, mandoliny czy gitary". I tak było po to, żeby biedni zapomnieli o swojej biedzie, a bogaci o swoim bogactwie. W Kabarecie Starszych Panów zawsze najpierw Jeremi Przybora pisał tekst, a potem Jerzy Wasowski siadał przy fortepianie i komponował muzykę. A dlaczego to się zmieniło? Głównie za sprawą elektroniki, która spowodowała, że kompozytor nie tylko pisze na fortepian, ale tworzy pierwotną aranżację. Już w latach 80. zacząłem dostawać na kasetach rodzaj demo, które miało mi wskazać kierunek linii melodycznej.

Ale Pan chyba nie używa komputera na co dzień? Na biurku go nie widać, za to jest mnóstwo ołówków…

Piszę ołówkami. Piosenka jest całkowicie wolna i sama decyduje, kiedy się ułoży w głowie. Powstaje wszędzie, w parku, na spacerze, w samochodzie, w kawiarni, nad morzem, na plaży. Ta najważniejsza linijka tekstu, której nie dało się wcześniej wymyślić, przychodzi do głowy w różnych sytuacjach i wtedy trzeba ją natychmiast zapisać. Komputera używam m.in. do przepisywania tekstów.

Czy tekściarz musi mieć wykształcenie muzyczne?

Nie. Musi natomiast umieć wyobrazić sobie, w jaki sposób jego słowa będą wyśpiewane. Jonasz Kofta zapytał mnie kiedyś, dlaczego nie studiowałem filologii polskiej, tylko poszedłem na Wydział Cybernetyki WAT? Odpowiedziałem, że nie wyobrażam sobie, że musiałbym uczyć się tego, co kocham.

Pana twórczość jest utożsamiana z takimi artystami, jak: Edyta Geppert, Maryla Rodowicz, Edyta Górniak, Ryszard Rynkowski, ale ma Pan również w swoim dorobku współpracę z Kombi, Perfectem czy Papa Dance.

Piszę dla różnych wykonawców i zawsze dla konkretnej osoby. Wszyscy są takimi samymi artystami. Różnią się stylem lub gatunkiem uprawianej muzyki. Trzeba pamiętać, że inaczej brzmi piosenka dramatyczna, aktorska, soulowa, a jeszcze inaczej dyskotekowa. W każdym przypadku jest inny rodzaj emocji i inny musi być również język. W Polsce mamy tendencję do osobliwego dzielenia kultury. Kultura tzw. wysoka jest dobra, kultura masowa jest be. O piosence "Jaka róża, taki cierń" wszyscy mówią, że to wspaniały utwór. A ja zawsze będę powtarzał, że napisanie tekstu rozrywkowego, takiego jak "Baw mnie" - w obszarze, gdzie wszystko już było - jest o wiele trudniejsze.

Jaki ma Pan stosunek do polskiej publiczności?

Uważam, że największym kapitałem polskiej piosenki jest nasza publiczność. Nie da się jej oszukać. Ona wie, co to jest dobry tekst, ponieważ wychowała się na Tuwimie, Hemarze, Osieckiej i Młynarskim. Niestety, w ostatnich latach mamy coraz mniej okazji, żeby posłuchać rodzimych nagrań. Stacje radiowe nadają głównie utwory anglojęzyczne, a polską muzykę można usłyszeć przede wszystkim w nocy, między godziną drugą a czwartą. Czasem Ryszard Rynkowski, kiedy wraca z koncertów, dzwoni do mnie i mówi: "Grają nas". W nocy wyrabiany jest narzucony limit - minimum 30 proc. polskich piosenek. To perfidne. Odnoszę też wrażenie, iż dziennikarze muzyczni uważają, że granie Stinga ich nobilituje. Nie mogę zrozumieć, dlaczego podając na przykład informację o Niemenie, nie odtwarza się jego piosenek, tylko zachodnie utwory. Zdarza się, że błędnym tropem podążają też wytwórnie. Przy płycie Ryszarda Rynkowskiego "Zachwyt", która zdobyła status złotej płyty, usłyszeliśmy, że te "utwory nie są radiowe".

Jest aż tak źle?

Na szczęście są jeszcze stacje radiowe, w których można usłyszeć takie piosenki, jak "Wszystko ma swój czas" czy "Odnawiam duszę", które napisałem w tym roku dla zespołu Perfect. I gdy słyszę, że te utwory ciągle się podobają i są lubiane, to wraca mi wiara i w słuchaczy, i w redaktorów, i w stacje radiowe.

Rozmawiały
Agnieszka Kielichowska, Magda Kopcińska

Czytaj także:

Dobra historia na scenariusz

Najlepszy zawód