2018.06.11

Królewski finał. Koniec wspaniałego sezonu artystycznego w Filharmonii Narodowej w Warszawie

Znakomity „Mojżesz” Antona Rubinsteina, wybitne „Requiem” Giuseppe Verdiego, a na podsumowanie nietuzinkowy „Kandyd” Leonarda Bernsteina – kończy się sezon 2017/2018 w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Sezon bardzo udany, pełen wyzwań oraz ważnych i spektakularnych wydarzeń. Sezon, którego Strategicznym Mecenasem Roku Filharmonii Narodowej był PKO Bank Polski. Zakończenie edycji 2017/2018 było „iście królewskie” – mówi Bartosz Michałowski, dyrektor chóru Filharmonii Narodowej w Warszawie.

Za nami kolejny sezon w Filharmonii Narodowej w Warszawie. Jaki on był w Pana ocenie?

Z mojego punktu widzenia był bardzo udany, bo to mój pierwszy pełny sezon w całości spędzony z Chórem Filharmonii Narodowej. Muszę przyznać, że zaczął się wspaniale i po kilkunastu miesiącach mogę powiedzieć, że praca była bardzo intensywna i przebiegała w dobrej atmosferze. I to mimo że wprowadzamy dość znaczące zmiany w sposobie funkcjonowania zespołu.

Jakie to są zmiany?

Przede wszystkim pracujemy bardzo szybko. Wiem, że zespół był przyzwyczajony do spokojnej, wyważonej pracy, a teraz robimy to dużo szybciej. Myślę, że z dobrymi efektami. Ale najważniejszym elementem, który podlega zmianom, jest sposób śpiewania. Staramy się nieco zmienić brzmienie zespołu, niejako uwolnić drzemiący w nim potencjał, który być może został ostatnimi czasy nieco przyćmiony. Widzę w zespole bardzo duże możliwości i staramy się wspólnie te możliwości uwolnić. Emisja głosu to jest dla mnie w zasadzie sprawa najważniejsza.

Czy wraz ze zmianą tempa pracy zmienia się też repertuar?

Nie, to nie ma ze sobą nic wspólnego, dlatego, że repertuar jest ustalany z góry, z dużym wyprzedzeniem, tak jak to bywa w poważnych instytucjach filharmonicznych. W związku z tym wiemy, z czym będziemy mieć do czynienia dużo wcześniej niż w poprzednim sezonie. W zasadzie chór ma możliwości doskonałe, to znaczy wykonuje wszystko, co zostaje mu zaproponowane do wykonania i jest w stanie to zrobić, kwestia tylko, w jaki sposób to robi.  Właśnie na tym w tej chwili się koncentruję – na innym podejściu do śpiewania każdego rodzaju repertuaru: od muzyki barokowej po bardzo skomplikowana muzykę współczesną.

Czym charakteryzuje się chór filharmoniczny, co go odróżnia np. od chóru operowego?

Chór filharmoniczny siłą rzeczy nie występuje w operze, więc nie musi wykonywać wszystkich scenicznych czynności, które z kolei musi przyswoić chór operowy. Z drugiej strony chór operowy nie wykonuje całego przekroju, który jest przynależny chórowi w filharmonii, m.in. dzieł oratoryjnych czy dużych dzieł estradowych.

Co było Pana zdaniem najmocniejszą stroną minionego sezonu? Czyja gwiazda świeciła najmocniej lub też który koncert uznaje Pan za najlepszy?

Pierwsze, co mi przychodzi do głowy, to wykonanie i zarejestrowanie monumentalnej opery sakralnej „Mojżesz” Antona Rubinsteina. Ponadto mieliśmy wiele ważnych koncertów, m.in. w siedzibie NOSPR w Katowicach pod batutą maestro Krzysztofa Pendereckiego, który poprowadził tam „Requiem” Giuseppe Verdiego. 

Sezon zwieńczony został „Kandydem” Leonarda Bernsteina.

To fantastyczna muzyka, która skrzy się barwami, humorem i niesamowitymi opowieściami.  Kandyd przeżywa przygody, które trudno sobie nawet wyobrazić, to doprawdy bajkowa historia. Ale jednocześnie jest to historia bardzo głęboka, skłaniająca do refleksji, do przemyśleń nad kondycją człowieka i społeczeństwa. Wystąpili znakomici soliści: odtwórca tytułowej roli Michael Slattery, Anne Sofie von Otter jako Stara dama czy rewelacyjnie śpiewająca Aleksandra Kubas-Kruk, która znakomicie poradziła sobie z trudną partią Kunegundy. A wszystko to z orkiestrą i chórem Filharmonii Narodowej pod czujnym okiem maestro Jacka Kasprzyka. Było to więc iście królewskie zakończenie sezonu.

Leonarda Bernsteina kojarzymy głownie jako kompozytora kultowego „West Side Story”. Artysta miał innowacyjne podejście do muzyki musicalowej. Na czym ta innowacyjność poległa?

Przede wszystkim Bernstein miał swój bardzo autorski, charakterystyczny styl. To, co robił doskonale to połączenie klasyki z tym wszystkim, co poza klasykę wychodzi, czyli z jazzem i gatunkami, które szczyt rozwoju osiągnęły w Ameryce Północnej, a czerpały z Ameryki Południowej i z innych regionów świata. Muzyka, która tworzył – a trzeba podkreślić, że był nie tylko świetnym dyrygentem, ale również znakomitym kompozytorem – może być z całą pewnością zaliczana do klasycznego kanonu. Była świetnie napisana i znakomicie zorkiestrowana, każda publiczność się przy niej dobrze bawi, bo zawiera wszystkie elementy sztuki popularnej, lżejszej, która też jest nam w życiu niezwykle potrzebna.

Czy taka lżejsza muzyka nie stoi w sprzeczności z powagą, z jaką kojarzy się nam Filharmonia Narodowa?

Absolutnie nie! Jeżeli oczywiście owa lżejsza muzyka jest gatunkowo bardzo dobra i świetnie napisana, no i znakomicie wykonana. Pod takimi warunkami jak najbardziej znajduje swoje miejsce na scenie filharmonicznej.

Po koncertach finałowych nastąpią wakacje, czyli czas na wypoczynek i zebranie sił na nowy sezon?

Odpoczniemy trochę latem, chociaż jeszcze w czerwcu będziemy intensywnie pracować nad przygotowaniami do kolejnego sezonu, w którym planujemy więcej koncertów niż w tym właśnie zakończonym. To mnie bardzo cieszy!

Rozmawiała Luiza Bebłot

Program nowego sezonu artystycznego 2018/2019 Filharmonii Narodowej w Warszawie jest już dostępny. Bilety można będzie kupować od 10 września.

Czytaj także:

Malarz, który inspirował Sienkiewicza – wystawa „Józef Brandt 1841–1915”

Do opery? Tylko w Bydgoszczy!

Pliki do pobrania