2015.09.16

Mądry trening to podstawa sukcesu. Wywiad z Markiem Kolbowiczem

Wywiad z Markiem Kolbowiczem – wioślarzem, czterokrotnym mistrzem świata, mistrzem olimpijskim z Pekinu, który zaangażował się w inicjatywę związaną z bieganiem – PKO Bieg Charytatywny.

Fot. Creative Commons19 września na 12. stadionach w całej Polsce wystartuje PKO Bieg Charytatywny. Będzie Pan prowadzącym to wydarzenie w Koszalinie. Czym jest dla Pana ta impreza?

Często uczestniczę w akcjach charytatywnych. Jeżeli mogę cokolwiek ofiarować, np. koszulkę czy autograf, to zawsze to robię.

Całkiem niedawno brał Pan udział w 36. PKO Półmaratonie Szczecin. Skąd zainteresowanie tym projektem?

Interesują mnie masowe imprezy sportowe w Szczecinie. Uważam, że uczestnictwo w takich wydarzeniach to mój obowiązek. Bardzo ważne jest stałe podnoszenie świadomości, że aktywność fizyczna w życiu jest nieodzowna.

Wioślarstwo nie należy w naszym kraju do najpopularniejszych dyscyplin. Skąd wziął się pomysł, żeby zająć się właśnie tym sportem?

Przez przypadek. Robert Białkowski, trener ze Spółdzielczego Klubu Sportowego „Czarni" Szczecin, szukał w szkole podstawowej, do której wówczas uczęszczałem, chłopców chętnych do uprawiania tego sportu. Nie będę ukrywał, że dodatkowym wabikiem była ogromna chęć wyjazdu na obóz sportowy organizowany przez klub. A w tamtych czasach takich możliwości nie było zbyt wiele. Poza tym, zawsze miałem w sobie sportową żyłkę i już od wczesnych lat trenowałem praktycznie wszystko, co się dało: judo, karate, szermierkę, piłkę ręczną. Przed szkołą graliśmy w nogę, po lekcjach biegaliśmy na treningi – tak wyglądały szkolne lata. Ostatecznie wybrałem wioślarstwo i był to strzał w dziesiątkę. Co więcej, teraz, z perspektywy lat, które upłynęły mi na łódce, mogę śmiało stwierdzić, że wioślarstwo uratowało mi życie. Wszystko, co osiągnąłem, było mniej lub bardziej z tym sportem związane.

Kiedy po raz pierwszy wystartował Pan w regatach wioślarskich?

Były to Mistrzostwa Polski Młodzików w 1986 r. Wygrałem je i właśnie wtedy, po raz pierwszy, zaświtała mi w głowie myśl, żeby poświęcić się wioślarstwu na dobre.

To był pierwszy z wielu sukcesów w Pana długiej karierze. Jaki moment był w niej dla Pana najważniejszy lub też najpiękniejszy?

Trudno powiedzieć, bo takich momentów było naprawdę dużo. Wydaje mi się, że najbardziej przejmująca była zawsze walka o dostanie się do reprezentacji, dostanie się do kadry. Po igrzyskach w Atenach w 2004 r., gdzie otarliśmy się o podium, przyszedł moment zwątpienia i myśl o zakończeniu kariery, ale los chciał, że wszystko potoczyło się inaczej. Założyliśmy nową osadę i przyszły też nowe sukcesy. W powodzenie wierzyliśmy tak naprawdę tylko my i trener Wojciechowski. Tym bardziej wynik w Gifu (miasto w Japonii, gdzie polska czwórka podwójna z Markiem Kolbowiczem w składzie zdobyła w 2005 r. mistrzostwo świata – przyp. red.) był nieprawdopodobny. Prestiżowy „Rowing Magazine” poświęcił nam rozkładówkę, którą zatytułował „Nadchodzi era polskiej czwórki podwójnej”. I to były prorocze słowa, bo sukcesy rzeczywiście przez kolejne lata mocno nas się trzymały.

3 lata później przyszło złoto w Pekinie. Jakie to uczucie zostać mistrzem olimpijskim?

Wspaniałe przeżycie. Często o tym opowiadam w czasie spotkań z młodzieżą w szkołach. Do dziś się zdarza, że wspomnienie o tym chwyta mnie za serce. To była niesamowita radość. Sprawdziły się wtedy słowa Tomka Sikory: „do czterech razy sztuka”. Przed wyjazdem do Pekinu córka podeszła do mnie i w ostatniej chwili szepnęła, że ta lista podarunków, którą mi dała jest nieważna, że najważniejszy jest medal. Można sobie tylko wyobrazić, co wtedy czułem. Tym bardziej to olimpijskie złoto było prawdziwą rekompensatą dla najbliższych za rozłąkę, na którą byliśmy tak często skazani.

Powiedział Pan kiedyś, że Wasza olimpijska czwórka właśnie razem stanowiła siłę, a sukcesy zdobywane indywidualne nie były tak duże. W tym sporcie równie ważne, co siła mięśni, jest wzajemne uzupełnianie się zawodników?

Każdy miał swoją rolę: Adam (Korol – przyp. red.) trzymał tępo, Michał (Jeliński – przyp. red.) był od poparcia Adama, ja – od wymuszania rytmu, a Konrad (Wasilewski – przyp. red.) musiał zrobić swoje. Wypracowanie rytmu powoduje, że w cyklicznej i grupowej dyscyplinie sportu można wygrywać z najlepszymi zespołami, indywidualnie będąc średnimi zawodnikami. Doskonale rozumiał to trener Wojciechowski, który przed eliminacjami do kadry zalecał nie starać o wygraną w występach indywidualnych, a poprzestawać na bliskich pozycjach. To jego zaufanie było niezwykle budujące, mogliśmy się skupić na tym co dla naszego zespołu było najważniejsze. W latach, gdy byliśmy najlepszą osadą świata, komentator Eurosportu porównywał nas do lecącego ptaka.

Chyba każdy sportowiec ma w swej karierze gorsze momenty, kiedy nadchodzi zwątpienie np. we własne siły. Czy Pana też to czasem „dopadało”?

Jeśli chodzi o słabości, to takich akurat nie było. Może dzięki temu, że zawsze udawało mi się zachowywać równowagę pomiędzy sportem a rodziną i przyjaciółmi. Po prostu w życiu prywatnym tematu wioseł nie było i to stanowiło prawdziwą odskocznię. Poza tym zawsze miałem duże oparcie w Adamie Korolu, członku naszej osady i moim przyjacielu. Czasem oczywiście zdarzało się, że coś nie wychodziło, ale takie problemy rozwiązywaliśmy od razu, z Adamem i trenerami. Nawet gdy zdobyliśmy już pierwszy medal, zawsze powtarzałem kolegom: „pamiętajcie o rutynie”. Gdy jest się najlepszym, obserwują cię i trzeba wtedy mądrze trenować. Poza tym, w osiąganiu dobrych wyników niezwykle pomagają przyjacielskie relacje w ekipie.

W 2013 roku zakończył Pan karierę sportową, ale na pewno nie zrezygnował Pan z uprawiania sportu.

Ja nie nazywam tego karierą, a raczej przygodą ze sportem. Prawdziwe kariery sportowe robią np. Robert Lewandowski czy Robert Kubica. Oczywiście, że uprawiam sport. Przez 27 lat nie miałem żadnej kontuzji, bo żyłem w zgodzie ze swoim organizmem. Jak więc teraz mógłbym przestać? Czasem wybieram rower, czasem pływanie lub squasha...

Co z wioślarstwem?

Miałem wielkie plany związane z trenerstwem i łódkami, ale potoczyło się inaczej. Prowadzę wprawdzie treningi ogólnorozwojowe z zawodnikami, ale akurat z innych dyscyplin sportowych. Może po najbliższych igrzyskach coś się zmieni i będę mógł podzielić się swym doświadczeniem z młodymi wioślarzami.

Czy myśląc o przyszłości, podejmuje Pan działania związane np. z oszczędzaniem na emeryturę lub z myślą o przyszłości dzieci?

Przywiązuję dużą wagę do oszczędzania. Zarówno ja, jak i moja rodzina odkładamy w trzecim filarze emerytalnym, a w PKO Banku Polskim mam konto od 1986 r.

Rozmawiała Luiza Dziółko
Redakcja CPP

Czytaj także:

Wyzwania mnie lubią. Wywiad z Dorotą Gardias

PKO Bieg Charytatywny już w najbliższą sobotę!

PKO Bieg Charytatywny  w sztafecie siła

Pliki do pobrania