2019.03.11

Marcin Świerc: W biegach górskich cały czas mogę przekraczać swoje granice

Dobrze się czuję w biegach górskich, bo z natury jestem samotnikiem. Poza tym mogę cały czas przekraczać swoje granice – mówi Marcin Świerc, który w zeszłym roku wygrał słynny bieg górski TDS o długości 122 km. Teraz ma jeszcze ambitniejszy cel.

 Mistrz górskich dystansów

Co sprawiło, że zdecydowałeś się rozwijać w biegach górskich, a nie płaskich, które cieszą się dużo większą popularnością?

Marcin Świerc: Przede wszystkim w górach mogę być sam ze sobą. Dobrze się czuję w takich warunkach, bo z natury jestem samotnikiem. Poza tym mogę cały czas przekraczać swoje granice. Bieganie po ulicy i asfalcie to dla mnie trochę gonitwa za sekundami. Takie napędzanie się nigdy mnie nie kręciło. Wolę biegać w terenie, gdzie nie muszę walczyć z czasem, tylko ze sobą i swoimi słabościami.

Jako 16-latek wystartowałeś w półmaratonie w Żywcu i uzyskałeś bardzo dobry czas jak na swój wiek – 1 h 27 min. Czy już wtedy myślałeś, że bieganie może stać się dla ciebie sposobem na życie?

Myślałem, ale było to raczej marzenie niż realny plan. Wiedziałem, że muszę mieć pracę i stabilizację. W tamtych latach bieganie stanowiło dla mnie przyjemność i pasję. Dopiero z czasem przeistoczyło się w pracę. Kiedyś nie spodziewałem się, że stanie się aż tak ważną częścią mojego życia.

W górach zacząłeś biegać dopiero pięć lat później – w 2007 r. Od samego początku szło ci rewelacyjnie, bo odnosiłeś zwycięstwo za zwycięstwem. To był moment, w którym dostrzegłeś, że masz genetyczne predyspozycje do biegów górskich?

Rzeczywiście, to było budujące. Wcześniej zdarzało mi się zajmować miejsce w dziesiątce podczas mistrzostw Polski na 10 km, ale kiedy przeniosłem się w góry, zacząłem zwyciężać. Mocno mnie to podbudowało. Spodobało mi się, stwierdziłem, że chcę się w tym rozwijać i stawać coraz lepszy. Dostałem powołanie do kadry Polski. Chciałem jak najlepiej przygotować się do mistrzostw Europy. Kiedy pojechałem na pierwszy obóz, mocno się jednak przetrenowałem i w efekcie w zawodach kompletnie się spaliłem. Przegrałem ze wszystkimi, których wcześniej pokonywałem. Góry szybko sprowadziły mnie więc na ziemię, ucząc pokory. Pokazały, że to nie będzie bułka z masłem. Zrozumiałem, że trzeba się wziąć do mocnej pracy. Postanowiłem jednak, że zostanę w górach i będę się w nich rozwijał.

Dziś wśród biegaczy górskich masz w Polsce status gwiazdy. Jako wieloletni reprezentant kraju, wielokrotny mistrz kraju, zwycięzca Biegu 7 Dolin i Biegu Rzeźnika – z którego z sukcesów na krajowym podwórku jesteś najbardziej dumny?

Szczerze mówiąc – nie wiem. Nie patrzę na to w ten sposób. Dla mnie liczy się całokształt. Mam 25 medali mistrzostw Polski i mnóstwo fajnych ludzi wokół siebie. To jest dla mnie sukces. Cieszę się, że mamy w Polsce piękne góry i odbywa się tu wiele ciekawych zawodów. Czasem w życiu nie liczy się cel, ale droga do niego. Jestem szczęśliwy, że moja kariera tak udanie się potoczyła. Trzeba się cieszyć z miejsca, w którym się jest.

Mimo wszystko, są jedne zawody, które można wyróżnić. W zeszłym roku wygrałeś TDS czyli jeden z najbardziej prestiżowych ultramaratonów górskich („Sur les Traces des Ducs de Savoie” czyli „Bieg śladem władców Sabaudii”). Trasę po alpejskich szczytach o długości 122 km i sumie przewyższeń 7300 m pokonałeś w 13 godzin i 24 minuty. To najlepszy czas z grona prawie 1800 zawodników, którzy startowali w biegu. Spodziewałeś się, że te zawody zakończą się twoim zwycięstwem?

Nie, absolutnie nie myślałem o zwycięstwie, bo mógłbym skazać się na porażkę. Kiedy startowałem w tych zawodach, moim celem było samo ich ukończenie i zdobycie punktów kwalifikacyjnych do zawodów UTMB (Ultra-Trail du Mont-Blanc). Wszystko świetnie się jednak poukładało. Obrałem dobrą taktykę, która pozwoliła mi zachować energię do końca. Głowa także powalczyła, choć wcale nie było łatwo na tak dużym zmęczeniu rywalizować ze światową elitą. Zwycięstwo w TDS wiele zmieniło w moim życiu. Znacznie zwiększyło się zainteresowanie mediów, co sprawia, że mam teraz więcej pracy. Tylko się z tego cieszyć. TDS był krokiem do UTMB, który ma być dla mnie finałem całej tej drogi.

Start w biegu UTMB nastąpi 30 sierpnia tego roku. Jak wyglądają twoje przygotowania do zawodów?

Obecnie przygotowuję się na obozie na Teneryfie na wysokości 1500 m n.p.m. Później wracam do Polski, gdzie przeprowadzę kilka treningów otwartych dla swoich zawodników. W kwietniu jadę do Meksyku, a w maju do Australii. Od czerwca będę się przygotowywał w różnych częściach Alp, w lipcu na chwilę wracam do Polski, później ruszam w Tatry słowackie, a następnie ponownie w Alpy – na dwa tygodnie przed startem w Chamonix. Jak widać, mam już plan, a teraz trzeba go tylko zrealizować. Ważne, żeby zdrowie dopisało. Jeśli tak się stanie, to będzie dobrze.

UTMB to najdłuższy i najbardziej prestiżowy bieg festiwalu Ultra-Trail du Mont-Blanc. Jego długość wynosi 171 km. W porównaniu z TDS to ok. 50 km więcej. Jest też dodatkowe 3000 m przewyższenia. To znacznie podnosi poprzeczkę?

Tak, to robi dużą różnicę. Myślę, że będzie to wielkie wyzwanie mentalne. Ciało jakoś sobie poradzi, bo można je wytrenować. Trzeba natomiast zmusić je głową, żeby chciało mu się rywalizować. Chodzi o to, żeby dać z siebie wszystko. Koniecznie tego jednego dnia, bo szansa będzie tylko jedna.

Skoro psychika w tym sporcie jest tak ważna, to czy korzystasz z pomocy psychologa albo trenera mentalnego?

Chciałbym, ale przy tak dużej liczbie wyjazdów jest o to bardzo trudno. Radzę sobie sam. Dużo czytam i słucham. Pomaga mi również żona. Wydawało mi się, że po zwycięstwie w TDS pewne rzeczy będą przychodziły łatwiej. Okazuje się jednak, że jest trudniej, bo UTMB to jeszcze większe wyzwanie. Trzeba być jednak pozytywnie nastawionym. Myślę, że 30 sierpnia na starcie będzie petarda.

Wyobrażam sobie, że biegi górskie na tak dużych dystansach to niewyobrażalny wysiłek. Jak to wygląda z twojej perspektywy? W jaki sposób pokonujesz kryzysy, które pojawiają się na trasie?

Niewielu jest w stanie wyobrazić sobie, ile wysiłku i samozaparcia wymaga ten sport. Kryzys można podzielić na dwa rodzaje – głowy i ciała. Najtrudniej jest sprawić, żeby głowa chciała. Ja staram się dzielić dystans na krótsze etapy, gdzie czeka moja żona lub wsparcie ekipy. W takich miejscach uzupełniam niektóre brakujące elementy i czuję się, jakbym zaczynał nowe zawody. Oczywiście, z tyłu głowy mam świadomość, że części dystansu są jak puzzle, które trzeba składać w jedną całość. Jeżeli chodzi o kryzys ciała, to organizmowi należy dostarczyć odpowiednią dawkę energii. Logistyka żywienia jest tu bardzo ważna. Każdy, kto w ferworze walki zapomina o nawadnianiu, za chwilę może mieć problem z kontynuacją zawodów. To bardzo ważne – dbać o nawadnianie i jedzenie.

W zeszłym roku po 10 latach przerwy w biegach płaskich zdecydowałeś się na start w Półmaratonie Warszawskim. Rozważasz jeszcze podobne starty?

Nigdy nie mów nigdy. Przez 10 lat nie biegałem po płaskich trasach, ale praktycznie nic się u mnie nie zmieniło. Uzyskałem ten sam czas, a prędkość została. Na razie skupiam się na górach i nie myślę o płaskich trasach. Biegi górskie wciągnęły mnie po uszy. Jeżeli jednak pojawi się okazja i będzie dobry powód, żeby wystartować w kolejnych zawodach po asfalcie, to znowu to zrobię.

W licznych biegach, sponsorowanych przez PKO Bank Polski zawsze odbywają się akcje charytatywne „biegnę dla…” na rzecz osób, zmagających się z poważnymi chorobami. Jak to wygląda w przypadku biegów górskich? Często bierzesz udział w podobnych inicjatywach?

Jak najbardziej. Biorę udział w różnych inicjatywach. Obecnie nawet szukam kolejnych, bo chciałbym komuś pomóc przez UTMB i zrobić coś dobrego. Ostatnio przekazałem na licytację swoje pierwsze koszulki z kadry, a kilkanaście książek przeznaczyłem na konkursy i różne licytacje. Bardzo się cieszę, że poprzez bieganie można komuś pomóc. Jeżeli można, warto się podzielić z kimś potrzebującym. Kieruję się zasadą, że dobro zawsze wraca.

Rozmawiał Marek Wiśniewski

Czytaj także:

Sylwetki polskich biegaczy #7: Monika Stefanowicz

Biegajmy mądrze #13: Jak zacząć biegać po górach?

Kup taniej auto, albo zdecyduj się na nowości