Rotunda – miejsce, które pamięta. Wspomnienie o Lucynie Bieleckiej
Rotunda. Jeden z symboli Warszawy i naszego banku. Nowoczesny, tętniący życiem budynek w samym sercu stolicy. W jego historii jest jednak data, która na zawsze odmieniła losy wielu rodzin – 15 lutego 1979 roku. Pamiętamy. 2026-02-1315 lutego 1979 roku w Rotundzie doszło do potężnego wybuchu gazu. Stalowo-szklana konstrukcja została rozerwana w ułamku sekundy. W środku byli pracownicy i klienci – zwyczajny, zimowy dzień, który przerodził się w tragedię. Zginęło 49 osób, 135 zostało rannych. Miasto – skute mrozem „zimy stulecia” – zamarło w bólu i solidarności.
W przeddzień kolejnej rocznicy wybuchu w Rotunda PKO Banku Polskiego wracamy do wydarzeń sprzed blisko pół wieku i do ludzi, którzy wówczas zginęli. Wśród nich była Lucyna Bielecka – pracownica naszego banku, mama, żona, córka, przyjaciółka. Jej historię opowiada dziś córka, Iwona.
Mama zawsze witała ludzi uśmiechem
Lucyna Bielecka pracowała przy obsłudze klientów. Jej stanowisko znajdowało się naprzeciwko głównych drzwi wejściowych – tam, gdzie zniszczenia były największe.
Nazywam się Iwona Bielecka. Jestem córką Lucyny Bieleckiej, która zginęła 15 lutego 1979 roku – mówi.
Urodziła się w styczniu 1939 roku na terenach, które dziś znajdują się na Białorusi. Jako niemowlę trafiła wraz z matką i babcią na zesłanie do Kazachstanu. Jej ojciec został aresztowany i zaginął bez wieści. Trzy kobiety spędziły w obozie pracy całą wojnę, walcząc o przetrwanie. Po jej zakończeniu wróciły do Polski i zamieszkały w Białej Podlaskiej.
Mama była dla swojej mamy i babci całym światem. Marzyła o studiach na AWF, była wysportowana i pełna energii. Nie chciała jednak zostawić bliskich i wybrała inną drogę – ukończyła Technikum Ekonomiczne. W Białej Podlaskiej poznała mojego tatę, młodego pilota. Życie wojskowej rodziny oznaczało częste przeprowadzki – głównie do małych garnizonów przy lotniskach, gdzie jej mąż był instruktorem na samolotach odrzutowych.
Do Warszawy przeprowadzaliśmy się etapami. Ja rozpoczęłam tu naukę w szkole średniej, mieszkając w internacie. W 1976 roku tata rozpoczął pracę w Ministerstwie Obrony Narodowej, a rok później dołączyła mama z młodszym synem.
Dzień po przeprowadzce, w lipcu 1977 roku, rodzice trafili do Rotundy. Na miejscu wisiało ogłoszenie o pracy. Zgłosiła się od razu – i została przyjęta.
Mama bardzo lubiła swoją pracę. Kochała kontakt z ludźmi. Zawsze obsługiwała klientów na stojąco, okazując im w ten sposób szacunek. Pamiętam jej uśmiech – najpierw był uśmiech, a dopiero potem mnie rozpoznawała, gdy podchodziłam do okienka.
Rodzice właśnie otrzymali mieszkanie i rozpoczęły się przygotowania do przeprowadzki. Mama pomalowała sufity. Miał zaczynać się nowy etap.
15 lutego 1979 roku wszystko się zatrzymało.
Byłam wtedy w klasie maturalnej. Dopiero co bawiłam się na studniówce, mama była na niej obecna. Mój brat miał 12 lat. Pamiętam telefony od znajomych, chaos przed Rotundą, śnieg i wiatr poruszający żaluzjami w wybitych oknach. Dopiero wtedy dotarł do mnie ogrom katastrofy i pojawił się lęk o mamę.O jej śmierci rodzina dowiedziała się następnego dnia, gdy ojciec odnalazł ją w prosektorium przy ul. Oczki. Lucyna miała 40 lat.
Tata został sam z dwojgiem dorastających dzieci oraz moją babcią i prababcią, które straciły sens swojego życia. A jednak musieliśmy iść dalej. Skończyliśmy studia, założyliśmy rodziny, mamy dzieci i wnuki. „Wyszliśmy na ludzi” – jak mówił tata. Ja od 37 lat mieszkam w Holandii, mój brat w Krakowie, a 87-letni tata w Bydgoszczy. Ale przy każdym wspólnym spotkaniu wraca jedno pytanie: jak wyglądałoby nasze życie, gdyby ona żyła?
Miejsce, które pamięta
Wspomnienia takie jak to przypominają, że za historią Rotundy stoją konkretni ludzie: ich codzienność, marzenia, bliscy. Życie przerwane nagle.
Dlatego co roku, w rocznicę tragedii, zatrzymujemy się na chwilę, by oddać hołd ofiarom.
W niedzielę, 15 lutego 2026 roku, o godzinie 12.37 spotkamy się pod tablicą upamiętniającą ofiary katastrofy w Rotundzie. Pamiętamy.